#IJSGp

Swego czasu bardzo często bywałam u dentysty. Pewnego dnia, gdy siedziałam już na fotelu (leczone były jedynki) po skończonym zabiegu, dentystka kazała wypluć mi całą zgromadzoną wodę i ślinę. Jako iż byłam otępiona z bólu, nie myśląc, tak jak siedziałam wyplułam wszystko przed siebie. Ja cała mokra, fotel również.
Dentystka owszem, kazała mi wszystko wypluć, ale do tego zlewu, który był obok. Nigdy nie zapomnę jej zszokowanej miny.

To była moja ostatnia wizyta u tej pani ;)
Antarees Odpowiedz

No powiem, że nawet śmiechnęłam :D
Wyobraźnia działa :)

Obito Odpowiedz

Widze, że skopiowałaś swoje stare wyznanie XD

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (3)

#bo6o9

Lubię chodzić na spacery w odosobnione miejsca. Wynika to trochę z tego, że jestem samotnikiem, ale również mam cichą nadzieję na to, że znajdę jakąś damę w potrzebie, którą będę mógł uratować z opresji.

Jestem zbyt nieśmiały, żeby normalnie zagadać, a wiem, że taki impuls dodałby mi odwagi.
Takie tam wyznanie przegrywa.
iamsolazy Odpowiedz

Będzie gorzej jak okaże się, że jednak źle reagujesz na stres. Znajdzie się dama w potrzebie a Ty staniesz jak wryty i nic nie zrobisz. 😂 A tak poważnie, to nad niesmialoscia można pracować.

Odpowiedzi (4)
kobitka26 Odpowiedz

Dame w potrzebie? Kolo toi-toi'a moze.byc jakas w potrzebie ;-)

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (12)

#PVseT

Przeprowadzałam się kilka lat temu z Małego Miasta do Dużego Miasta oddalonego o jakieś 500 km. W skład mojego dobytku wchodziły dwa koty (rasa europejska :P ), które zapakowane zostały w transporterach na tylne siedzenie auta kolegi, z którym miałam zamieszkać w Dużym Mieście.

Ruszyliśmy... jedziemy... po przejechaniu 20 km jeden z kotów ulżył sobie i wypróżnił jelita do transportera. Zjechaliśmy na najbliższy parking. Wygrzebałam spomiędzy tobołów "pudełko z kotem". Kolega wycierał kota, ja transporter. Sytuacja szybko i sprawnie opanowana, więc pakujemy kota z powrotem na miejsce i jedziemy dalej.

Po kolejnych 300 km zachciało nam się przerwy, a auto domagało się karmienia, więc znowu postój, tym razem na stacji benzynowej. Pomyślałam "a, kupię sobie coś do picia". Portfel jest w kurtce, a kurtka z tyłu razem z bagażami i kotami. Szukam, szukam... nie ma. Okazało się, że podczas "akcji kuweta" wyjęłam z auta kurtkę, bo leżała na transporterze. Położyłam ją na dachu i tak zostawiłam. Odjechaliśmy z kurtką na dachu auta... a w środku był mój dowód, prawo jazdy, karta płatnicza i cała wypłata (pracowałam w Małym Mieście na czarno, dostawałam wypłatę w gotówce i nie miałam kiedy pójść i jej wpłacić do banku). Dowiedzieliśmy się tego wszystkiego od... pracowników przydrożnej knajpy, obok której zatrzymaliśmy się, żeby oporządzić kota. Tak, wróciliśmy 300 km, żeby szukać portfela i nie znaleźliśmy. Nawet przeszukaliśmy pobocze drogi.

Trudno. Nie pozostało nam nic innego, jak zgodnie z planem pojechać do Dużego Miasta. Narobiło mi to masę kłopotów - wyrabianie nowych dokumentów, niedobór złotówek... Dobrze, że miałam dostęp do konta w banku na podstawie odcisku palca, bo bym była całkiem bez pieniędzy.

Po jakimś czasie (tak z tydzień, może dwa) zadzwoniła do mnie matka, która chodziła co jakiś czas do mojego mieszkania w Małym Mieście, odbierać pocztę i symulować, że mieszkanie nie stoi puste. Moi sąsiedzi jej donieśli, że szuka mnie policja. Już kilka razy zaglądali i (o dziwo!) nie mogli mnie zastać. Panowie policjanci jakoś wpadli na to, żeby iść pod adres widniejący w dowodzie, ale nie wpadli na to, żeby sprawdzić też adres na prawie jazdy (nie wymieniłam dokumentu po poprzedniej przeprowadzce), pod którym by przynajmniej znaleźli moją rodzinę, która wie gdzie mnie szukać. Oczywiście zostałam przez kochaną mamusię z góry oskarżona o kradzieże, handel narkotykami i przewodzenie jakiejś mafii powiatowej. Jakoś udało mi się przekonać ją, żeby poszła zapytać o co im chodzi, bo mój stan konta wyraźnie przeczył działalności mafijnej.

Ostatecznie rodzicielka dostała na komendzie moją kurtkę, portfel, a w nim prawko, dowód, kartę płatniczą i... całą moją wypłatę. Policjant odmówił podania danych znalazcy.

Od tamtego czasu portfel noszę przypięty łańcuchem do spodni ;)
tyrionlannister Odpowiedz

Gorzej, jak tym razem zgubisz spodnie.

Odpowiedzi (5)
nieidealny Odpowiedz

Lepie zmień prawo jazdy. Zmiana zameldowania wymaga tego. A podczas kontroli grozi mandat a nawet odebranie dokumentu.

Odpowiedzi (5)
Zobacz więcej komentarzy (5)

#yVpSj

Zapewne znacie ten typ rodziciela, który potrafi traktować swoje dziecko jak ścierę bez powodu. Częste wyzywanie swojego dziecka od popierd*nych, p*zd tylko dlatego, że ojciec ma zły humor. Krzyczenie, popychanie i bicie po głowie, że dziecko źle rozwiązało przykład z matematyki, które przed chwilą córce wytłumaczył. Żadnych przeprosin, niedostrzeganie swojego zachowania godnego rodzinnego tyrana.

Często słyszę od innych, czy to w internecie, że "na pewno dziecko nie jest takie niewinne, skoro rodzic posuwa się aż do wyzywania czy popychania go". Otóż zaskoczę niektórych, w wielu przypadkach jest niewinne. Nawet nie wiecie, Ci, którzy tak myślicie - jak bardzo wam zazdroszczę, że nie zaznaliście takiego czegoś.

Wiecie co jest w tym najgorsze? Że oprócz wymienionej przemocy psychicznej jaką dostaję, ojciec chwilami jest dobry, pomoże w czymś, kupi coś naprawdę potrzebnego, jest miły czy nawet porozmawia jak człowiek i potrafi nie oburzać się i nie wyzywać mnie, gdy mam inne zdanie niż on (gdy ktoś myśli inaczej niż on, traktuje to jako atak na niego i każe się zamknąć).

Taki typ osoby jest najgorszy, zwłaszcza, że nie da się od tej osoby całkowicie odizolować. Szantaże emocjonalne. Próbuję być na niego zła, obiecuję sobie, że się odetnę, po czym staje się miły i pozoruje, by w mojej głowie rodziły się myśli - "może faktycznie nie jest zły?" Żeby za parę dni grozić mi - "jak ci zaraz c*p* wyj**bię to nie wstaniesz"

I szczerze, to k*wa wolałabym, żeby 24 na dobę, 30 dni w miesiącu był TYM ZŁYM, żeby do mojej podświadomości dotarło, że nie warto nawiązywać jakikolwiek dialog i uodpornić się na takie zagrywki, spadać stąd, aniżeli łudzić się, że się zmienił jak nagle stał się miły, bo tylko gra mi na emocjach.

W podstawówce po jego przemocy psychicznej kończyło się na płaczu.
Teraz, w liceum, po każdym jego złym słowie nadal wybucham płaczem (chociaż obiecuję sobie, że już nie wybuchnę, ale to jest silniejsze), uciekam do pokoju, nie mogę oddychać, mam drgawki, wymiotuję i pod wpływem emocji potrafię rzucać się i bić rękami o ścianę lub bić i okaleczać się różnymi przedmiotami i (zaczyna działać adrenalina) nie czuję nic, dopiero wszystko boli mnie po paru minutach, a myśli samobójcze nasilają się.
Niech się cieszy, że nie śmie mnie już popychać - bo by chyba wylądował na SOR.
Ktoś może wie, jak przenieść agresję na oprawcę, zamiast wyżywać się na sobie i na swoim zdrowiu za czyjeś błędy?
kobitka26 Odpowiedz

U mnie kims takim byla matka... juz teraz nie mam z nia kontaktu i wiesz co, warto bylo ja odsunac od siebie. Teraz jestem spokojniejsza, zalozylam rodzine, a dla corek staram sie okazam maksimum cierpliwości. I choc je troche rozpuszczam, wole to niz mialabym pomiatac nimi. Dlatego jak tylko będziesz w stanie, odetnij sie od oprawcy. Lepiej juz nigdy nie bedzie.

Odpowiedzi (1)
FoxyLadie Odpowiedz

I za co te minusy? Wyznanie jest bardzo dobre i mądre. Dlaczego? Bo opisane zachowanie ojca świadczy tylko o tym, iż jest on świadomym psychopatą, a związek między nim, a córą to nic innego jak próba doprowadzenia do syndromu sztockholmskiego. Tutaj jeszcze dochodzi fakt, że łączy ich rodzinna więź i psychika autorki nie jest w stanie uodpornić się na 'miłego tatę', ani do zignorować 'kata'. To chyba najgorsza możliwa mieszanka, człowiek po prostu głupieje i szaleje.

Autorko, twoje zachowanie potwierdza tylko, że 'co cię nie zabije, to cię wzmocni' jest pieprzoną bzdurą. Nie jestem lekarzem, do niego powinnaś się udać. Ja bym starała się wyprowadzić, bo bądźmy szczerzy, ani ty tego nigdzie nie zgłosisz, ani on się nie zmieni. Nie licz na cokolwiek, tylko na siebie, a jeśli ma ci to przynieść ulgę, to mu wpieprz, jak zaczyna swoje wyskoki. Sama widzisz, że już cię nie popycha (pewnie się postawiłaś). Stawiaj się dalej, opluj go, ty musisz sobie zapewnić spokój, skoro nikt inny tego nie robi. Życzę wiele siły i rychłego spokoju.

Odpowiedzi (5)
Zobacz więcej komentarzy (35)

#Gym5O

Późne lata 90-te. Miałem jakieś kilka lat. Wuja handlował na granicy polsko-
niemieckiej różnymi produktami (oficjalnie krasnale ogrodowe, ale spod lady pewnie też fajki i inne dobra z przemytu).

Wakacje. Matula zostawiła mnie wraz z rodzeństwem u ciotki na kilka dni. Mieli ogromny dom.
Oprócz biegania po podwórku, biegaliśmy też po domu.
Pewnego dnia ciotka wieszała pranie na dworze, wuja w robocie, a my z kuzynostwem bawiliśmy się w chowanego.
Schowałem się w jakimś pokoju pod łóżkiem. Leżał tam karton, a w nim mnóstwo pieniędzy. Niemieckie marki. Mnóstwo marek.
Niewiele myśląc zabrałem "trochę" i schowałem.... do majtek.
Później schowałem je do swojej torby z ciuchami i wyciągałem sukcesywnie jak chciałem kupić słodycze.
Nigdy mnie nie przyłapano.

Po latach dowiedziałem się, że wuja przestał kręcić biznesy z jakimś swoim kolegą, bo ponoć brakowało ok. 400DEM w skrytce.

Kuźwa,
nie wiedziałem że taki miałem rozmach.

A tak na serio, to głupio mi pomimo, że minęło już tyle czasu.
LaczkiZDupy Odpowiedz

To ile ty sobie kupiłeś tych słodyczy?

Odpowiedzi (4)
felixnetinika Odpowiedz

Ile ty teraz ważysz!? 😮

Odpowiedzi (5)
Zobacz więcej komentarzy (7)

#hyNyN

Normalne dzieci w wieku 5-6 lat, bawiły się w żołnierzy, księżniczki, sprzedawców czy kucharzy. A ja? Ja udawałam, że jestem kserokopiarką. Potrafiłam w ciągu jednego dnia zamalować ze trzydzieści kartek pod rząd, dokładnie identycznymi rysunkami.

Przez większość czasu nikt z domowników nie miał pojęcia dlaczego zawsze brakowało kartek do drukarki. Wyszło to na jaw dopiero po jakimś czasie, kiedy pozwolono mi zrobić na ścianie galerię swoich prac. Pewnie się już domyślacie, że była cała zawalona tymi „kserami”.
starwarsgirl Odpowiedz

Mówili że możesz zostać kim chcesz - zostałaś kserokopiarką 😂

MargarynaDelma Odpowiedz

Ja chciałam być testerem masła. Nadal chcę.

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (8)

#069ls

Wiecie jak to jest być życiowym przegrywem?

Studiuję na politechnice. Życie większości moich znajomych kręci się wokół imprez i picia, jednak ja spoglądam na życie troszeczkę inaczej - skupiam się na tym, żeby w przyszłości coś osiągnąć. Staram się mieć zadowalające oceny, wszystko zdawać na czas. Nigdy nie kuję na pamięć - zawsze staram się zrozumieć zagadnienia, które mogą mi się przydać w przyszłości.
Ostatnio zaczęłam rozglądać się za stażami. Znalazłam zajebisty - renomowana firma, znana marka. Cenna pozycja przy budowaniu przyszłego CV.
Sprawdzam wymagania - spełniałam wszystkie, aż nadto.
Wysyłam aplikację.
Czekam.
Czekam.
Czekam...
Czekałam tak ponad miesiąc, pogodziłam się z porażką.
Widocznie było wielu innych kandydatów, którzy spełniali ich wymagania jeszcze bardziej niż ja.


Dziś przy usuwaniu spamu trafiłam na ich odpowiedź.
Nie mogli się do mnie dodzwonić z powodu braku zasięgu.
Prosili o kontakt.
W tamtym miesiącu.
Kurwa.
AnonimowyWalezy Odpowiedz

To dopiero jest pech...

Aparatka Odpowiedz

I nie pojawił ci się sms z informacją, że ktoś próbował się skontaktować jak już ten zasięg zlapalas?

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (19)

#iSvTF

Kiedyś, jeszcze będąc na studiach, poszedłem z kolegą do kiosku kupić papierosy. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że pani z kiosku nie tylko podała nam je i wydała resztę, ale też wydając resztę zwróciła banknot, którym płaciliśmy.

Próbowaliśmy jej powiedzieć, że pomyliła się wydając nam resztę i naprawdę chcieliśmy jej oddać nadwyżkę - jednak pani będąc przekonana, że mamy do niej pretensje (a ona zapewne się nigdy nie myli) nie dała nam dojść do słowa.

Cóż, po kilku nieudanych próbach wyjaśnienia sytuacji po prostu machnęliśmy ręką, wzięliśmy papierosy i pieniądze i poszliśmy. Pani była zapewne bardzo z siebie dumna, że nie dała sobie tak łatwo wmówić pomyłki...
kluska15 Odpowiedz

Hajs sie zgadza!

Odpowiedzi (1)
Hoarfrost Odpowiedz

Kupić fajki i zarobić to trzeba mieć szczęście

Zobacz więcej komentarzy (5)

#UFlvb

Sytuacja miała miejsce w czasie, kiedy przygotowywałem się do Pierwszej Komunii Świętej. Ksiądz wprowadził system zbierania podpisów za uczestnictwo we Mszy Św. i innych nabożeństwach. W moim przypadku nie było to konieczne, bo moja rodzina do kościoła co niedzielę uczęszczała i bez tego. Ale do rzeczy.

Pewnej niedzieli obudziłem się z bólem brzucha. Na propozycję rezygnacji z wizyty w kościele i rozkoszowaniu się przebywaniem w ciepłym łóżku mama rzecz jasna nie chciała się zgodzić. Rodzinka tradycyjnie wybrała się do kościoła. Od początku wiedziałem, że źle się to skończy, bo absolutnie nie czułem się na siłach, by wysiedzieć całą mszę. No ale podpis to podpis, zwłaszcza że ksiądz był dość surowy w tej kwestii.
W połowie mszy poczułem, że w żołądku zaczyna się rewolucja październikowa, jednak mama stwierdziła, że mam wytrzymać. Kiedy poczułem, że wróg jest już u bram, wybiegłem z kościoła co sił, a kłusem ruszył za mną tata. Nie byłem w stanie utrzymać treści żołądka w środku, która wielką fontanną obryzgała to co było najbliżej, czyli... wielki drewniany krzyż stojący tuż przy kościele. Tata spanikowany wpakował mnie do samochodu i zawiózł do domu.

Krótko po tym fakcie moja babcia żaliła "Co się dzieje z tym światem ?Jakiś pijak, bezbożnik, menel obrzygał krzyż! Co za profanacja!'.' Nie miałem odwagi przyznać się babci do mojego wyczynu, a tożsamość owego satanisty nie została wykryta do dziś.
Papertown Odpowiedz

raczej wyczynu twoich rodziców, to oni powinni się za to wstydzić.
Tak to jest właśnie jak się chodzi do kościoła po podpis i dla pokazanie się, bo skoro nie obchodziła ich twoja krzywda, po nic innego tam nie byli...

Odpowiedzi (1)
SansaStark Odpowiedz

Aa trzeba bylo na madra mame narzygac

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (12)

#6HoY4

Każdy chyba miał w dzieciństwie znienawidzoną koleżankę lub kolegę. Takiego diabła wcielonego, którego bały się wszystkie dzieci na osiedlu. Moje osiedlowe zło wcielone nazywało się Gruba. Tzn. inaczej miała na imię, ale Grubą wymyślił jej brat i tak się jakoś przyjęło... Była starsza o dwa lata, potwornie gruba i jeszcze bardziej złośliwa. Nie było dnia, żeby komuś nie podłożyła nogi, nie dała kuksańca albo wręcz nie napluła w twarz. Nikt jej nie lubił, bo się po prostu nie dało.

Któregoś wakacyjnego dnia 6-letnia ja bawiłam się z koleżankami w piaskownicy. Przyszła Gruba i już było po zabawie. Rozwalała zamki z piasku, połamała komuś łopatkę, wiecie, takie wredne dziecięce zagrania. Wzięliśmy ją na przetrzymanie. Im więcej ona nam dokuczała, tym bardziej dzieci ją ignorowały. Psuje jedną zabawę? OK, wynosimy się za blok i gramy w klasy. Przylazła i popychała innych? OK, idziemy grać w chowanego. Mówiła szukającemu, gdzie się kto schował? OK, idziemy na trzepak.
Wreszcie, trzęsąc się ze złości, Gruba dała za wygraną i poszła na ławeczkę poskarżyć swojej mamie. Traf chciał, że na tej samej ławeczce siedziała też moja mama i akurat opowiadała zmartwiona, że zgubiła gdzieś ulubiony złoty pierścionek z czerwonym oczkiem i nigdzie go nie ma od kilku dni. Gruba w zemście powiedziała, że widziała go, jak się nim bawiłam i chwaliłam koleżankom w piaskownicy. Oczywiście, moja mama jej uwierzyła...
Co ja się wtedy napłakałam, zarzekałam, że nieprawda, i tak mi nie uwierzyła. Lanie oczywiście też dostałam. A Gruba tylko się śmiała. Poprzysięgłam zemstę.

Okazja do niej nadarzyła się dopiero po ponad 20 latach.
Byliśmy z mężem w ogródku piwnym, ciepły, letni wieczór, siedzimy, mąż sączy piwko, ja soczek, kulturka. W pewnej chwili patrzę i oczom własnym nie wierzę - Gruba!!! Choć powinnam napisać raczej Grubsza... :P
Po cichu opowiedziałam mężowi sytuację z pierścionkiem. Ten zachichotał szatańsko i wskazał niebieskiego Peugeota, stojącego w dość oddalonym miejscu.
- Tym przyjechała, widziałem. Poczekaj, tylko skończę piwko...

Zniknął na jakieś 20 minut. Kiedy wrócił, jak gdyby nigdy nic zamówił sobie kolejne piwo, a dla mnie kolejny soczek. Gdy dopytywałam gdzie był tak długo, tylko się tajemniczo uśmiechał.

Minęło kilkanaście minut, Gruba idzie do auta. Rusza, zatrzymuje się, wysiada i patrzy z niedowierzaniem. Po chwili słyszymy wrzaski i przekleństwa. Spojrzałam na męża.
- Spuściłem jej powietrze z dwóch kół, tych, których nie widać od strony ogródka ;)

Mała rzecz, a cieszy ;)
Kocham go!

P.S. Pierścionek się znalazł w tym samym roku, w grudniu, podczas porządków świątecznych. Mama zdjęła go do wyrabiania ciasta drożdżowego i wpadł za szafkę w kuchni :)
Rety Odpowiedz

Skubana, 20 lat w sobie żądze zemsty trzymała ;)

Odpowiedzi (1)
OMBoze Odpowiedz

Nie ma to jak moment, w którym mama nie wierzy własnemu dziecku, tylko jakiejś mało znaczącej w życiu Grubej.

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (17)
Dodaj anonimowe wyznanie